Z miłości do makijażu Anny Orłowskiej…

magazyn3

Trzymam w rękach album „Z miłości do makijażu” Anny Orłowskiej. Pachnie nowością, farbą drukarską. Na pierwszy rzut oka widać olbrzymie dopracowanie albumu, piękne, duże, wyraźne zdjęcia , staranność wydruku,  gatunek papieru (jest matowy, więc w łazience nie będzie odbijało się światło… jakie to praktyczne:)) Wszystko się zgadza.

A w środku…Mmm..Prawdziwa uczta dla wielbicielki Kobiecego Piękna. Tak bym to ujęła, bo kwestie techniczne, czyli jak wykonać taki makijaż na sobie, schodzą na dalszy plan.

Najpierw oglądam to, co można z Kobietą zrobić przy pomocy pędzla, koloru i fantazji.

Rozdział „Matamorfozy” to piękne zdjęcia kobiet „przed i po” z szczegółową informacją co, gdzie i jak nakładamy. Z kuluarów sesji zdjęciowej wiem, że modelkami były często koleżanki Ani. Na zdjęciach prezentują się jak zawodowe profesjonalistki. I te makijaże…Aż trudno uwierzyć, że można je powtórzyć. Lecę do łazienki…Wnikliwie studiuję wskazówki. No i jest. Nie tak samo, ale jestem zachwycona. W życiu nie pomyślałabym o zestawieniu turkusu z zielenią, a tu proszę. Baśka mówi „mamo jak Ty ślicznie wyglądasz”, a ja też czuję się jakoś wybitnie atrakcyjnie.

Im dalej zanurzamy się w „Miłość do makijażu”, tym bardziej odważnie, ekstrawagancko, niezwykle… Nadzwyczajne makijaże Mai- Muzy Anki, którą Ania spotkała w toalecie w centrum handlowym…

7 różnych makijaży tej samej dziewczyny to dla mnie też studium wiedzy o człowieku…

Makijaż, ubranie, uczesanie, niby to takie „zewnętrzne” i „banalne”, a jednak zupełnie zmieniam sposób patrzenia na tę dziewczynę. Daje do myślenia…

„Black is back” to z kolei rozdział o wariacjach na temat tej samej bazy- klasycznej czarnej kreski, do której w kolejnych wersjach dodawane są różne elementy. W wariacji nr 4 modelka wygląda jak obsypana księżycowym pyłem i pieprzem. Trzeba to zobaczyć…

Makijaż jest sztuką. Czasami codzienną, czasami odświętną. Granicą jest tylko własna fantazja. Oglądając ostatni rozdział „Fusion” zastanawiam się, gdzie są granice fantazji Anki Orłowskiej. Czy są jakieś w ogóle? To już spore haute-couture. Ależ to smaczne i urokliwe…

I już koniec? Blisko 160 bogatych, kolorowych, pięknych zdjęć z opisami, trickami i ciekawostkami, minęło jak jedna chwila. Całe szczęście, ze album można oglądać w nieskończoność. Od początku do końca i na wyrywki…

Chociaż już chciałabym więcej. Ania zapowiada nowy album.

Czekam przebierając pędzelkami…

Chcesz kupić książkę? Klik

Dodaj komentarz