Run Forrest, run…

Run-Forrest

Długo nie pisałam. To fakt. Cudownie, a zarazem nieco kłopotliwie, bo niektóre z Pań to zauważyły. Sorry. Kompletnie nie miałam „weny”.
Wszystko wydawało mi się jakieś takie banalne, bez sensu, każdy się już zdążył wypowiedzieć na każdy temat, więc nie muszę dodawać moich 3 groszy, nie… to już było, każdy to wie… Tak mi jakoś upłynęły te 3 miesiące na użalaniu się nad moim brakiem weny…
No i w końcu przyszła wiosna i się obudziłam. Jak stary niedźwiedź, co przesypia najgorszy zimowy czas i budzi się z uśmiechem, zdziwiony, ale o jakiej zimie wciąż gadacie… Znów zachciało mi się żyć, pisać i …biegać :)
Tak, zaczęłam biegać. Niby żaden wyczyn, teraz robi to już prawie każdy (?). Ale dla mnie to był wyczyn, bo ja generalnie nie cierpię biegać. Mogę chodzić na siłownię, na aerobic, na pływalnię, jogę, tańce, balet, zumbę, cokolwiek, byle nie biegać. Tak już mam, a raczej miałam, bo otóż pewnego dnia stwierdziłam, ze jakby bolą mnie plecy i trochę mi strzyka w kolanach. Pozimowa opona też jakoś nie nastrajała mnie zbyt optymistycznie do wizji krótkich rękawów i „małych” letnich sukieneczek fru-fru..
Z mojej regularnej siłowni wypisałam się jakieś 3 miesiące temu, twierdząc, ze „na głupoty nie mam czasu”. Te głupoty jednak dawały mi duży zastrzyk energii i poczucie panowania nad swoim ciałem, a to wcale nie mało…

No więc, któregoś dnia, bez jakichś specjalnych przygotowań, odkopałam moje stare „obuwie sportowe” i z lekka wyciągnięty dres i… pobiegłam. Tak przed siebie, po prostu. Bo w końcu prawie każdy biega (?).
Oczywiście po jakichś 50 metrach poczułam natychmiastową potrzebę interwencji kardiologa i podpięcia mnie do respiratora, a wizja sukieneczki fru-fru naciągniętej na mój cielesny ponton nie wydała mi się już wcale tak obrzydliwa. Mimo to jednak -wytrwałam. W końcu nie chodzi o jakichś chory wyczyn, mogę trochę podreptać, znowu podbiec, pospacerować, no w każdym razie powlec się do przodu.
Następnego dnia bolało mnie wszystko jak skurczybyk, droga do toalety jeszcze nigdy nie była tak długa, że o zejściu po schodach nie wspomnę. Ale znowu trampki i dres i „run, Forrest, run”…

I tak to już od prawie dwóch miesięcy. Nie będę mówić, że nie mam „lenia”, bo czasami odpuszczam. Nie chce mi się i już. W połowie dnia mam okropne wyrzuty sumienia, ale i tak  trwam w moim „odpuszczaniu”.  Po to, żeby następnego dnia znów biec przed siebie. I dla siebie.
 Bo nic nie wycisza tak skołatanego ducha, jak zwyczajnie spocone, ale jakby lepiej ukształtowane ciało.
Kontrola nad ciałem, to kontrola nad umysłem.
 Kochana, zakładaj trampki. I run Forrest, run…

Dodaj komentarz